Praca freelancera nie zawsze i nie do końca wygląda jak na amerykańskich filmach. Wbrew pozorom, aby wyjść na swoje czasami (zwykle) trzeba przyłożyć się konkretnie do roboty.

Kim jest freelancer?

Najogólniej mówiąc jest to osoba wykonująca tzw. wolny zawód. Może być dziennikarzem, copywriterem, tłumaczem, księgowym, grafikiem, programistą i przedstawicielem jednej z wielu innych profesji. Od typowego etatowca różni się tym, że z nikim na dłuższą metę nie jest związana na stałe. Samodzielnie szuka klientów, wykonuje konkretne zlecenia, podpisuje umowy o dzieło/zlecenie lub mając własną działalność gospodarczą – wystawia faktury. To tyle, jeśli chodzi o ogólne informacje.

Możesz pracować w domu…

Jeśli chodzi o plusy bycia freelancerem, ten jest chyba najczęściej powtarzanym w środowisku „wannabe freelancerów”. Jako, że nie wiążą cię żadne umowy wymagające pojawiania się na bite osiem godzin w biurze, pracujesz praktycznie rzecz biorąc w najbliższym sąsiedztwie łóżka. Albo w sytuacjach ekstremalnych – nawet z niego nie wychodząc. Nie musisz wstawać wcześnie rano, by zdążyć na tramwaj, więc nie wydajesz również kasy na dojazdy. A jeśli sytuacja nie zmusza do wyjścia z domu, jest ci ciepło i przytulnie nawet, gdy na zewnątrz słupek rtęci zatrzymuje się niebezpiecznie blisko kreski oznaczonej „-20”.

Minusem jest to, że prawdopodobnie zatracasz zdolność do ogarniania swojego otoczenia. W piżamie chodzisz do późna (albo w pewnym momencie zastępuje twój codzienny strój), snujesz się bez celu po domu. Czasami nie możesz skupić się na pracy, bo skutecznie przeszkadza ci w tym współlokator, dziecko, włażący na klawiaturę kot, czy domagający się uwagi pies. Ewentualnie sąsiad zajęty wiecznym remontem, czy inny, który porę, gdy wszyscy są zazwyczaj w pracy wybiera do szlifowania swoich umiejętności w tańcach irlandzkich.

… albo w dowolnym innym miejscu

Nie jest powiedziane, że musisz pracować w domu. Wzorem nowojorskich freelancerów zawsze możesz wyjść na miasto, do parku, albo ulubionej kafejki. Uruchamiasz Macbooka, zamawiasz Latte Macchiato i wegańskiego burgera. A potem ogarniasz przewidziane na ten dzień listy To-Do.

Chyba, że akurat stolik obok siedzi grupa przyjaciółek omawiając życie i współżycie swoich rozlicznych znajomych. Albo gdzieś obok toczy się żywiołowa dyskusja kilku studentów wychodzących w przerwie między zajęciami na „jedno piwko”. Może być też tak, że muzyka jest zbyt głośno, ekspres chodzi, jakby chciał ją dodatkowo zagłuszyć, fotel skrzypi przy każdym ruchu, a intensywne zapachy z kuchni powodują mdłości. Ewentualnie (co jest najczęściej spotykane) nie możesz skupić się w pełni na zadaniach, bo stale jednym okiem wypatrujesz kelnerki, która w końcu przyjdzie i spyta, czy do tej dawno wypitej małej czarnej chcesz w końcu zamówić coś więcej.

Możesz pracować o dowolnej porze

Witaj przygodo! Żegnaj niewyspanie! Możesz wstawać, o której chcesz i zabierać się do pracy akurat wtedy, gdy masz na to największą ochotę. Lubisz pracować wieczorami? Nie ma sprawy, tak ustawiasz sobie grafik, żeby po 18:00 nic nie rozpraszało twojej uwagi, a potem siedzisz do późnej nocy. Wolisz odbębnić zadania przed południem? Nikt nie będzie się krzywo patrzył, gdy wstaniesz o 5:00, zaparzysz sobie kawę i siądziesz przed komputerem.

Chyba, że jesteś bardzo zajętym człowiekiem. Takim, który w planie dnia ma siłownię, wizytę u kosmetyczki, zakupy, odbieranie dzieci ze szkoły, pilnowanie dzieci sąsiadów, opiekę nad zwierzętami, albo grę/książkę/film do ogrania/przeczytania/zobaczenia. I gdy próbujesz faktycznie odhaczyć parę rzeczy na liście, nagle spostrzegasz się, że cała ochota do pracy odeszła w niebyt, a najlepszym pomysłem wydaje się zakopanie w pościeli i pełna regeneracja sił. By kolejnego dnia znów ruszyć podobnym, leniwym stylem przez freelancerskie życie.

Nie musisz szykować się do pracy

Technicznie rzecz biorąc, wystarczy parę minut, aby po przebudzeniu być gotowym do działania. Dokładnie tyle, ile zajmuje zaparzenie kawy oraz uruchomienie komputera. Nie tracisz czasu na kompletowanie garderoby, nie zastanawiasz się, czy będziesz wyglądać odpowiednio, ani tym bardziej nie musisz wydawać pieniędzy na coraz to nowe ubrania. Narzucasz na siebie t-shirt z kategorii „tych domowych”, na tyłek wciągasz jakiekolwiek spodnie. I masz głęboko w nosie dress code. Klienta nie interesuje, ile dni ma twój zarost, albo dlaczego makijaż ograniczasz do mydła i wody. Chyba, że akurat planujesz spotkać się z nim twarzą w twarz, ale takie okazje zdarzają się sporadycznie.

Z drugiej strony taki brak codziennej rutyny odzieżowo-higienicznej może w pewnym momencie zacząć przeszkadzać. I jeśli nie akurat tobie, to z pewnością osobom w twoim otoczeniu. Myślisz sobie, że skoro zostajesz w domu to możesz chodzić w tym samym podkoszulku, w którym chodziłeś ostatnie trzy dni. Zęby… cóż, zęby raczej nie wypadną, gdy wymyjesz je trochę później. Może w południe, ewentualnie wieczorem. Aaaa, jak zrobię to jutro rano to też nic się nie stanie. Podobnie z prysznicem, którego zaczynasz używać dopiero, gdy absolutnie konieczne staje się wyjście „do ludzi”.

Nikt nie stoi ci nad głową

Jako, że twój czas pracy jest nienormowany, nikt nie stoi nad tobą z zegarkiem w ręku odliczając bezproduktywnie spędzone minuty. Nowy odcinek serialu w południe? Przerwa na obiad przeciągająca się na trzy godziny? Nieplanowane wyjście na spacer? Nowy filmik z słodkimi kociętami na YouTube? Wszystko to możesz robić o dowolnej porze. A potem zabrać się za pracę i nadgonić zaległości, choćby siedząc do późna.

Z jednej strony to bardzo fajne uczucie, z drugiej – niekoniecznie prawda. Może i faktycznie nie masz nad głową szefa wymagającego skupienia przez osiem godzin spędzonych w biurze, ale jego miejsce zajmują deadline’y. Nad deadline’ami pieczę sprawują zaś klienci i jeśli dostatecznie długo będziesz przesuwać terminy, w końcu znudzą się i odejdą. A ty zostaniesz bez pieniędzy. Wychodzi więc na to, że nawet jeśli jesteś freelancerem, nie jesteś do końca wolny. Twoją mentalną smycz trzyma po prostu ktoś inny. Ani gorszy, ani lepszy. Inny.

Zarabiasz tyle, na ile sobie zapracujesz

Siedząc na etacie narzekasz na niskie zarobki, czując, że szef cię wykorzystuje zgarniając wielokrotnie większą kasę. Wkurzasz się więc i zaczynasz być własnym szefem. Obmyślasz plan, ustalasz stawki, za które pracujesz, ogłaszasz się w sieci. Schodzą się klienci, pojawiają się pierwsze zlecenia. Zarabiasz. Dokładnie tyle, na ile masz ochotę. Jak uzbierasz dostatecznie dużo pieniędzy, możesz zrobić sobie wakacje. Jeśli nie lubisz odpoczywać, pracujesz dalej w końcu czując, że płacą ci tyle, ile naprawdę jesteś wart.

Ewentualnie niemalże słyszysz szyderczy śmiech rozwijających się wrzodów żołądka. Przeglądasz pocztę i zdajesz sobie sprawę, że każdy chce ci powiększyć penisa i zlikwidować zakola na czole, ale nikt nie ma zamiaru przy okazji sypnąć groszem za jakieś zleconko. Patrzysz na konto bankowe widząc jedynie pikujące liczby niebezpiecznie zbliżające się do dolnej granicy debetu. Debetu, który wziąłeś nieopatrznie na wszelki wypadek, gdyby któryś klient spóźniał się z wypłatą. Debetu, którego cenne złotówki zmieniają się w chleb, mleko, kawę i opłaty mieszkaniowe.

Robisz sobie wolne wtedy, kiedy chcesz lub potrzebujesz

Masz ochotę wybrać się do kina w środku tygodnia, gdy bilety są najtańsze a ludzi najmniej? Nie ma sprawy, wychodzisz z domu i idziesz do kina. A może chcesz przedłużyć sobie weekend organizując wypad za miasto? Też nie ma problemu. Wystarczy, że odrobisz się wcześniej z pracą, ewentualnie na określone dni nie ustawisz żadnych zleceń. Możesz zaplanować nawet dwumiesięczne wakacje i żaden szef nie będzie robił ci z tego powodu wyrzutów sumienia.

Chyba, że masz zobowiązania, klienci cisną na zlecenia, a ty nie chcesz pozbawiać się dodatkowego zarobku. Ktoś ma coś na szybko do zrobienia, ktoś inny potrzebuje cię do większego projektu, który przeciągnie się na kilka miesięcy. Znajomi cisną, żeby jechać na parę dni w góry, a ty widzisz na jednej szali przygodę w doborowym towarzystwie, na drugiej zaś gorzką potrawkę ekstra gotówki polanej mdłym sosem zobowiązań. I odmawiasz, z bólem serca. Zaharowujesz się niemalże do upadłego, bierzesz dodatkowe prace, żeby odłożyć coś na wakacje. A gdy już ledwie żyjesz, ustalasz urlop tylko po to, aby grzejąc się gdzieś na rajskiej plaży wciąż myśleć o potencjalnych zarobkach, które przepływają tuż obok.

*

Życie freelancera wcale nie jest takie fajne, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście, odrobina szczęścia i ciężkiej pracy może sprawić, że faktycznie któregoś dnia w dużym stopniu zacznie przypominać to, jakim żyją bohaterowie niektórych seriali. Aby do tego dojść trzeba jednak poświęcić nieco czasu, sił i nerwów.

Pozostaje jednak zadać sobie pytanie: czy mam na tyle dużo samozaparcia?