Freelancer zazwyczaj pracuje w domu. A tam często czeka na niego mnóstwo drobnych rozpraszaczy, które od czasu do czasu skutecznie odciągają od najważniejszego – wykonywania obowiązków. Na szczęście da się z nimi walczyć.

Dom to takie miejsce, w którym kiedyś po prostu mieszkaliśmy. Wracaliśmy ze szkoły/uczelni i zasiadaliśmy przed komputerem żeby pograć, obejrzeć film, albo zrobić milion innych rzeczy związanych z szeroko pojętą rozrywką. A potem dorośliśmy i we śnie o niezależności postanowiliśmy zostać freelancerami. Znaleźliśmy pierwszych klientów, może nawet otworzyliśmy firmę. Ważne jest to, że część dotychczasowej enklawy prywatności stała się strefą zawodową. I konieczność siedzenia w tej, jakby nie patrzeć, siłą wydartej życiu przestrzeni biurowej sprawia, że nawet drobne rozpraszacze urastają do rangi problemów nie do przeskoczenia. Chyba, że ktoś zna sposób, jak się za nie zabrać.

Ja, skromnie mówiąc, znam parę sztuczek. I co najważniejsze – zamierzam się nimi z tobą podzielić. Poniżej znajdziesz siedem najczęstszych rozpraszaczy, które skutecznie utrudniały mi zaczęcie, kontynuowanie lub powrót do pracy. Oraz wypracowane przez lata sposoby na ich obejście.

Bałagan na biurku

Powiem szczerze, nie umiem pracować, gdy blat pokryty jest masą przedmiotów. Chaos mnie przytłacza, wysysa energię, sprawia, że najpierw skupiam się na porządkowaniu wszystkiego, a cała uwaga poświęcona naprawdę ważnym rzeczom ulatnia się szybciej niż powietrze w dziurawym kombinezonie astronauty dryfującego w próżni kosmosu. Dlatego nim usiądę do poważnej pracy, miejsce, w którym mam zamiar dokonać rzeczy niezwykłych dla świata przechodzi gruntowne odgruzowanie. Znikają stare talerze i kubki. Zbędne długopisy i notatniki lądują w szufladzie. A gdy zachodzi taka konieczność, blat roboczy otrzymuje jeszcze kilka machnięć ściereczką w celu pozbycia się kurzu.

Następnie stawiam na blacie świeży kubek z kawą/herbatą/czymkolwiek, odwracam aktualnie używany notatnik na czystą stronę, przygotowuję ulubiony długopis i materiały, których mogę potrzebować. I dopiero wtedy biorę się do porządnej, uczciwej roboty. Mając w zasięgu wzroku tylko to, co będzie mi do jej wykonania niezbędne.

Niewygodne ubranie

Nic tak nie wkurza, jak brak komfortu, zwłaszcza w kwestiach ubraniowych. Wiedzą o tym ci, którzy przez korporacyjny dress code całymi dniami zmuszeni są do paradowania w niewygodnych garniturach (bo na wygodne ich jeszcze nie stać).

Pracując w domu można pozwolić sobie na znacznie większy luz, dlatego dowolność garderoby pozwala na niemalże nieograniczone eksperymenty. Dla mnie najlepszym zestawem do dawna są spodnie dresowe i t-shirt, z ewentualnym dodatkiem bluzy w nieco chłodniejsze dni, gdy nie chcę za bardzo rozgrzewać kaloryferów (do kwestii temperatury jeszcze dojdziemy, cierpliwości). Ale ty pracować możesz jak ci wygodnie. Ważne, żeby strój nie krępował ruchów i nie kojarzył się z czasem wolnym. Znaczy się – odradzam np. pracę w piżamie.

Ciekawym zasłyszanym gdzieś rozwiązaniem jest posiadanie osobnego zestawu ubrań używanych wyłącznie do pracy, nawet w domu. Dlaczego? Prosta sprawa – to taki mały psychologiczny trik pozwalający skuteczniej oddzielić czas „firmowy” od relaksu w sytuacji, gdy obie aktywności wykonujemy w jednym miejscu. Ubierając się „do pracy” nastawiamy się od razu mentalnie na wykonywanie obowiązków. Wciągnięcie na siebie codziennych łachów ustawi nas raczej w pozycji odpoczynku.

Ból w mięśniach

Zbyt długie siedzenie przy biurku może powodować nieprzyjemne bóle w mięśniach. Godziny spędzone przed monitorem powodują, że każda przerwa przypomina raczej zejście z krzyża z zamiarem przeleżenia w grobie jeśli nie zwyczajowych trzech dni, to co najmniej trzech miesięcy. Nic dziwnego, że po takich wrażeniach chęć powrotu do biurka równa się zeru i jedyne o czym myślimy to nieskończenie długa przerwa wmawiana jako konieczność dla poratowania zdrowia.

Jest  tym trochę racji – długie siedzenie przy biurku może po pewnym czasie powodować dość poważne i trudne do wyleczenia problemy zdrowotne. Nieprawidłowa pozycja na krześle prowadzi do jeszcze dłuższej listy zagrożeń dla zdrowia i życia. Ogólnie rzecz biorąc – siedzący tryb życia to nie jest to, co powinniśmy uprawiać przez większość dnia. Dlatego wszelkie pojawiające się bóle mięśni należy niwelować już w zarodku. A najlepiej w ogóle nie dopuścić do ich powstawania. W jaki sposób?

Najlepszym sposobem jest robienie częstych przerw. Mówią o tym lekarze, przypomina pierwszy lepszy podręcznik BHP, czy regulamin pracy przy komputerze. Wszystko na darmo, ludzie jak zlewali ten fakt, tak zlewają i będą go zlewać póki w toku wymuszonej ewolucji nie zaczniemy przypominać budową ciała pokracznych znaków zapytania.

Częste przerwy po podstawa. Co więcej, częste przerwy połączone z kilkoma prostymi ćwiczeniami rozluźniającymi to minimum, jakie powinieneś zafundować swojemu ciału, jeśli faktycznie myślisz o tym, żeby w stanie jako takiej sprawności dotrwać do tej nieszczęsnej freelancerskiej emerytury. Wystarczy mniej więcej raz na godzinę wstać z krzesła, przeciągnąć się, przespacerować po mieszkaniu lub na parę minut zająć czymś, co nie wymaga siedzenia. Z doświadczenia wiem, że dobrze na stojąco przeprowadzać też rozmowy telefoniczne. Nie dość, że podobno trwają której bo człowiek w pozycji wertykalnej staje się bardziej zasadniczy, to jeszcze zapewniają chwilę oddechu dla – nomen omen – zastanych mięśni, pozwalając im się nieco rozruszać.

Jako ciekawostkę mogę dodać, że w chwili pisania tego tekstu w domu pracuję zwykle po 3–4 godziny. Większość dnia spędzam w biurze klienta, oczywiście w pozycji siedzącej. Dlatego też w mojej prywatnej przestrzeni do pracy zaaranżowałem sobie tzw. standing desk czyli biurko do pracy na stojąco. Ten wpis, oraz część zleceń tworzę albo stojąc (co ma swoje zasadnicze plusy), albo – gdy już mnie bolą nogi – wygodnie leżąc na kanapie.

Nieodpowiednia temperatura

Nie umiem pracować w dusznych pomieszczeniach. Nie umiem pracować, gdy jest za zimno. W moim idealnym miejscu pracy temperatura powinna wynosić ok. 19-20 stopni, a okna mogłyby być skierowane na północ. Niestety nie ma tak dobrze i czasami odpowiednie warunki trzeba dostosować w takim stopniu, w jakim jest to możliwe.

Duchota na pewno nie pomaga w skupieniu, dlatego przed rozpoczęciem pracy i przy okazji dłuższych przerw warto porządnie wywietrzyć pomieszczenie. A przez porządne wietrzenie mam na myśli skręcenie kaloryferów do zera (po co płacić za dodatkowe grzanie) i otworzenie okna na 15-30 minut. W tym czasie lepiej ewakuować się gdzieś poza biuro, zrobić nową kawę, przejść się na spacer, zresetować mózg przed kolejną porcją wysiłku intelektualnego. Potem wystarczy zamknąć okno, odkręcić kaloryfer z powrotem na poziom optymalnego grzania i już można cieszyć się odświeżoną atmosferą.

Co robić gdy jest za zimno? Niby z pomocą również przychodzi ogrzewanie, ale czasami zbyt gorące powietrze jedynie rozleniwi. Znacznie lepszym sposobem jest narzucenie na siebie dodatkowej warstwy ubrań. Cieplejsze skarpety, bluza, spodnie z długimi nogawkami zamiast krótkich spodenek – cokolwiek co sprawi, że optymalny poziom komfortu zostanie przywrócony bez potrzeby produkowania zaduchu.

W sytuacjach ekstremalnych (mam na myśli upały, jakie panowały w Polsce choćby w zeszłe wakacje) jedynym wyjściem są wiatraki, przenośna klimatyzacja, lub… praca na klatce schodowej. Serio, nie macie pojęcia jak tam może być chłodno nawet w samym środku lipcowego skwaru. Ale znam też takich, którzy przenosili się do piwnicy.

Pragnienie/głód

Pragnienie i głód statystycznie chyba najczęściej pojawiają się właśnie wtedy, gdy chcemy zabrać się za konkretne zadanie. Ssanie w żołądku i suchość w ustach próbują dyskretnie wmówić nam, że ten ważny artykuł może przecież poczekać jeszcze jedną kanapkę, albo filiżankę herbaty. I wiecie co? Może, a nawet powinien. Ale tylko jedną.

Praca na głodniaka nie jest przyjemna. Może z początku człowiek nie zwraca na to uwagi, ale coraz intensywniejsze wiercenie w brzuchu po pewnym czasie skutecznie zabierze większą część uwagi. Dlatego, gdy tylko pojawi się potrzeba zjedzenia lub wypicia czegokolwiek najlepiej jej po prostu ulec. Warto poświęcić parę minut, zwłaszcza, że dzięki temu dostarczymy organizmowi odrobinę dodatkowej energii, która może zawsze się przydać, nim ostatecznie zamkniemy dzień pracy na dobre.

Co warto jeść w czasie pracy? Na pewno nie trzydaniowy obiad. Ani nic zbyt kalorycznego – po tym w jedenastu przypadkach na dziesięć momentalnie zrobimy się senni i dalszej pracy będziemy mogli co najwyżej powiedzieć „sayonara i do jutra”. Najlepiej wrzucić na ruszt coś, co zabije uczucie głodu, a nie sprawi, że żołądek będzie przypominał worek wypełniony kulami do kręgli. Wystarczy jakiś owoc, kanapka, mała porcja sałatki, garść orzechów itp.

Z piciem jest podobnie. Prawie totalnie wykluczam w czasie pracy alkohol. Prawie, bo kiedyś schłodzony Radler od Warki (wiem wiem, to nie alkohol – powiecie) uratował mi życie w wyjątkowo upalny dzień. Nie uważam też, by picie napojów gazowanych na dłużą metę było takie dobre. Jedna pucha Coca Coli jest ok dla smaku, ale wywalanie litrowej butelki dziennie zakrawa już na sporą przesadę. Dla mnie osobiście najlepszym rozwiązaniem o dawna jest woda (wysokomineralizowana lub gazowana) i zielona herbata. Dalej w kolejce plasuje się kawa. Czarna, gorzka.

Dźwięki otoczenia

Podobno istnieją ludzie, którzy są w stanie pracować bez względu na otaczające ich odgłosy. Ja osobiście wytrzymuję co najwyżej w średnio zatłoczonej kawiarni. I to tylko, jak mam do wykonania zadania niewymagające pełnego skupienia. Do większości „focusowych” prac muszę mieć albo ciszę, albo odpowiednio dobraną muzykę.

I nie ma przebacz. Nawet sąsiad skręcający meble dwie klatki obok, nawet tupiące za oknem gołębie, nawet odgłos rosnących paznokci u osoby w sąsiednim pokoju mogą wytrącić mnie z równowagi. Dlatego gdy dobiegające do mnie odgłosy robią się naprawdę nieznośne zakładam słuchawki. Model nauszny doskonale wytłumiający wszystko, co próbuje przykuć moją uwagę i nie dociera do mnie bezpośrednio kablem łączącym nauszniki z komputerem. Czasami tylko to wystarczy, czasami pomagają kojące dźwięki działające jako dodatkowe wytłumienie zewnętrznych hałasów. Gdy jest naprawdę głośno, w ostateczności wykorzystuję stopery do uszu dostępne chyba w każdej drogerii za jakieś grosze.

Zmęczenie

Gdy po całym dniu intensywnej pracy odhaczyłeś już niemalże całą listę Niezwykle Ważnych Rzeczy Do Zrobienia może nie starczyć energii na kilka ostatnich punktów. Gdy pracujemy poza domem, a po powrocie wieczorem czeka nas jeszcze kilka dodatkowych zadań, zwykle też podchodzimy do nich nie tyle z niechęcią, co z zamiarem odbębnienia tego co konieczne, a następnie położenia się spać.

Zmęczenie jest naturalnym stanem dającym jasno do zrozumienia, że nasz organizm jedzie na rezerwie i wymaga odpoczynku. I wiecie co? Najlepiej dać mu ten odpoczynek. W jaki sposób? Choćby stosując tzw. „power napy”, czyli krótkie 20-30 minutowe drzemki. Zasada jest prosta, ustaw dowolny timer na 30 minut, połóż się wygodnie i zamknij oczy. W tym czasie powinniście zapaść w lekki regenerujący sen, który przywróci dostatecznie dużo energii, aby jeszcze przez kilka godzin działać w miarę sprawnie. Trzeba tylko uważać, żeby faktycznie wstać z budzikiem. Drzemka, która trwa dłużej niż 40 minut powoduje przejście do kolejnej, głębszej fazy snu, a wybudzenie się z niej powoduje, że będziesz bardziej wymięty i raczej niezdolny do kreatywnej i wydajnej pracy. A jeśli już to po jakiejś mocnej kawie. Ewentualnie dwóch.

Kiedy rutyna robi się dobra?

Walka z rozpraszaczami nie zawsze jest łatwa. Ale gdy wejdzie w krew, stanie się elementem codzienności, który w pewnym momencie przestaniemy zauważać. Tak było u mnie np. z regulacją temperatury. Na początku specjalnie myślałem o tym, żeby przed pracą przewietrzyć gabinet, a potem ustawić odpowiednią temperaturę. Teraz bezwiednie nim przystąpię do działania na parę minut otwieram okno. Podobnie jest w przypadku głodu i pragnienia. Przez lata wyrobiłem nawyk przygotowywania kubka kawy/herbaty stanowiącego rytualne przejście do trybu zadaniowego. A gdy czuję ssanie w żołądku, a do pory obiadowej jeszcze daleko, w lodówce zawsze czeka jakaś przekąska, którą mogę szybko uzupełnić puste miejsce w żołądku. Nawykiem stało się nawet utrzymywanie porządku na biurku, który staram się przywracać po każdym zakończonym projekcie.

Dzięki temu czuję, że każdego dnia jestem w stanie zrobić więcej. A do samej pracy zabieram się z większą chęcią.