W chwili, gdy piszę te słowa niemalże cały Kraków jeszcze śpi. Ruch na ulicach i chodnikach jest znikomy (wiem to, bo właśnie wróciłem ze spaceru z psem) – ledwie kilkoro innych ciężko rannych współbraci i może trzy samochody na krzyż. Telefon milczy, w mediach społecznościowych wybrzmiewają ostatnie echa późnowieczornych postów, moja żona przewraca się na drugi bok, a ja mam przed sobą listę zadań, które bezproblemowo wykonam, nim obudzi ją znienawidzony budzik.

Jak odkryłem wczesne wstawanie?

Pobudki wczesnym rankiem, gdzieś koło 5:00-5:30 odkryłem zupełnie przypadkowo kilka lat temu, jeszcze przed erą dedykowanych temu zjawisku filmów na Youtube, na długo nim Robin Sharma napisał swoje pierwsze zdanie w swoim pierwszym drafcie do „5 AM Club”. Podobnie jak większość społeczeństwa byłem zdania, że jestem typową sową. Wstawałem późno, pracowałem wieczorami, kładłem się spać przed świtem. Ten cykl powtarzałem przez długie miesiące. Do czasu aż któregoś dnia nie dałem rady.

Praca wieczorem, po całym dniu innych aktywności, ma to do siebie, że człowiekowi się po prostu nie chce. I mnie również pewnego wieczoru bardzo, ale to bardzo się nie chciało. Nawet pomimo faktu, że kolejnego dnia o godzinie 9:00 miałem ustalony deadline na oddanie bardzo ważnego tekstu. Stwierdziłem wtedy (dość odważnie, przyznam), że nic sensownego i tak nie wymyślę, więc najlepiej będzie, jak po prostu teraz pójdę spać. A potem wstanę o wiele wcześniej i na świeżo nadgonię zaległości.

Budzik zadzwonił o 5:00. Wstałem, przygotowałem sobie kawę, usiadłem do komputera… i z ogromnym wyrazem zdziwienia na twarzy stwierdziłem, że pisanie o tak wczesnej porze idzie mi o wiele łatwiej.

Słowa ściekały z głowy do palców, którymi wbijałem je do otwartego pliku z szybkością karabinu maszynowego. Chyba po raz pierwszy w życiu złapałem „flow” – stan w którym pracowałem w pełnym skupieniu niewybijany z rytmu dzwoniącym telefonem, powiadomieniami z Facebooka lub odgłosami typowego wieczornego życia w bloku.

Spodobało mi się to na tyle, że kolejnego dnia powtórzyłem eksperyment.

I kontynuuję go z mniejszymi lub większymi przerwami do dziś.

Dlaczego lubię wstawać wcześniej?

Nie jestem Roombą. Nie budzę się codziennie punkt 5:00 z w pełni naładowaną baterią. Bywają takie dni, ba (!) – bywają całe tygodnie, gdy żadna siła nie jest w stanie mnie ściągnąć z łóżka przed siódmą. Bywają też okresy, że nawet mimo wczesnej pobudki moje zasoby produktywności i pozytywnej energii oscylują w granicy zera absolutnego.

Wiem jednak z doświadczenia, że jakkolwiek by nie było, z rana pracuje mi się po prostu lepiej. Przykładowo:

  • po dobrze przespanej nocy mam w sobie świeże pokłady energii, którą mogę ukierunkować na wykonywanie konkretnych, ważnych dla mnie i mojej firmy zadań (o co wieczorem, po intensywnym dniu jest zazwyczaj bardzo trudno),
  • wspomniana już wcześniej cisza sprawia, że jestem w stanie w 100% skupić się na moich celach. Każde kreatywne, wymagające myślenia zadanie przesuwam właśnie na czas przedświtu, aby po tym, jak świat wygrzebie się spod pościeli mieć już najważniejsze rzeczy za sobą,
  • odznaczenie kilku kluczowych tasków z listy nastraja mnie pozytywnie na resztę dnia, więc kolejne sprawy jestem w stanie wykonywać z uśmiechem na ustach,
  • jeśli zrobię wszystko, co zaplanowałem na dany dzień wcześniej, resztę czasu przed położeniem się spać mogę poświęcić na przyjemności: spędzanie czasu z najbliższymi, zabawy z psem, czytanie, gry komputerowe, filmy… jest tego sporo.

Jak zacząć wstawać wcześniej?

Jeśli po lekturze powyższych akapitów też myślisz o wcześniejszym wstawaniu, poniżej zamieszczam kilka porad, które ułatwiły mi przestawienie się na taki tryb pracy:

  • dzień wcześniej przygotuj poranną listę zadań, tak, aby po przebudzeniu dokładnie wiedzieć, czym musisz zająć się w pierwszej kolejności. Inaczej na pewno (wiem z doświadczenia) spędzisz ten czas bezproduktywnie lub po prostu wrócisz do łóżka,
  • znajdź swoją porę do pracy: to, że ja wstaję o 5:00 nie oznacza automatycznie, że dla Ciebie też będzie to idealny czas. Przeznacz nawet kilka najbliższych tygodni na eksperymenty, żeby sprawdzić o której godzinie wstaje i pracuje Ci się najlepiej,
  • wyśpij się dobrze: wczesne wstawanie jest ok, ale musi iść za tym również zdrowy sen. Jeśli chcesz zrywać się z łóżka przed świtem idź wcześniej spać. Pamiętaj, że w trybie niedospanego, rządnego kawy zombie raczej nie będziesz zbyt efektywny,
  • usuń wszystkie przeszkody mogące zaciągnąć Cię z powrotem do łóżka lub odbić się na efektywności. W moim przypadku taką przeszkodą okazał się telefon brany do łazienki, co zwykle kończyło się kilkunastominutowym przeglądaniem memów. Teraz staram się odkładać go przynajmniej do czasu wykonania pierwszego ważnego zadania,
  • stwórz poranne rytuały, aby skuteczniej rozbudzić się z rana. I nie, nie mam zamiaru wmawiać Ci, że dzięki temu będziesz bardziej „obecny” i „świadomy” rzeczywistości. Rytuały w moim przypadku pozwalają wykształcić coś na kształt autopilota, dzięki któremu mój zaspany umysł nie musi zastanawiać się nad kolejnym krokiem.

U mnie wygląda to następująco:

  1. wstaję z łóżka,
  2. idę do łazienki, gdzie czekają na mnie przygotowane poprzedniego wieczora ubrania,
  3. przechodzę do kuchni – tam wypijam szklankę wody i robię sobie poranną gorzką kawę,
  4. z kubkiem kawy przenoszę się do gabinetu, otwieram laptopa,
  5. siadam do pracy nad pierwszym zadaniem z listy (ta czeka na mnie od poprzedniego wieczora, albo w Nozbe albo na karteczce przy komputerze).

Z początku na pewno będzie ciężko, ale po czasie Twój niedobudzony mózg będzie samodzielnie poruszał się wyuczoną wcześniej ścieżką. U mnie gdzieś w okolicach 3-4 punktu zazwyczaj następuje już pełne wybudzenie.

Ostatnia rada, jaką mogę Ci dać brzmi: nie myśl, że wczesne wstawanie zagwarantuje Ci sukces. To, że tak robią prezesi największych firm nie oznacza, że z miejsca przekształcisz swoją freelancerkę w wielomilionową korporację. Może się okazać, że przedświt to nie jest pora dla Ciebie i lepiej pracuje Ci się w zupełnie innych godzinach.

Ale spróbować zawsze warto.